poniedziałek, 14 maja 2012

rozdział piąty

Leżałam na podłodze z nogami opartymi na ścianie. Od ponad dwóch godzin starałam się jakoś uporządkować myśli. Kisuke miał rację: ostatnio coraz więcej zaczęłam sobie przypominać. Coraz częściej nasuwało mi się pytanie, kim jestem? Jak na moje siedemnastoletnie życie miałam całkiem dużo wspomnień, choć podejrzewam, że i tak przypomniałam sobie jedynie mały skrawek tego, co utraciłam. Często pojawiał się tam mały białowłosy chłopak. Kim on jest?

Rozmyślania przerwała Aryami skacząc mi po brzuchu.

-Chcesz zobaczyć, co dziś jadłam?- warknęłam.

Dziewczynka stanęła zastanawiając się nad odpowiedzią. Tyle mi starczyło żeby ją strącić.

-Stało by ci się coś jakbyś pomęczyła kogoś innego?

-Eeee... z tobą lepsza zabawa. Zaczęłaś już za mną nadążać. Ale dzisiaj pobawimy się w chowanego.- Powiedziała, po czym wybiegła z pokoju.

-Ej czekaj chwile!- ruszyłam za nią.

Cholerny dzieciak zawsze wciągnie mnie w jakąś swoją chorą zabawę. Gdy zbiegłam na dół zauważyłam, że nie dom jest pusty. Ani dzieciaków ani Tessai`a ani nawet Urahary- nikogo ani śladu. Wyszłam na podwórko jednak tu też pusto. Gdzie oni wszyscy są? Podeszłam od frontu. Na drzwiach od sklepu wisiała tabliczka z napisem zamknięte. Zdziwiona spojrzałam na zegarek. Dochodzi 16 a on już zamknął? Coś tu jest nie tak... Weszłam z powrotem do domu. Przeszukałam go jeszcze dokładnie dwa razy. Nigdzie ani śladu rozbrykanej małolaty ani reszty domowników. Już miałam się poddać i pójść do swojego pokoju, gdy zauważyłam średniej wielkości klapę w podłodze. Była otwarta. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Zaciekawiona zeszłam na dół.

Drabina była strasznie długa. Aż za długa. Gdzie ona do cholery prowadzi?! Do jądra?! Gdy w końcu dotknęłam ziemi mogłam się rozejrzeć. Zewsząd otaczały mnie skały, ziemia gdzieniegdzie jakieś rośliny. Nie było widać końca. Zdumiona zauważyła także... niebo nade mną! Piękne błękitne niebo. Mimo braku odpowiednika słońca było tu jasno jak na zewnątrz. Ciekawe, jakie to duże....Rozciąga się nad całą Karakurą? A może tylko mi się to śni? Dla sprawdzenia uszczypnęłam się w rękę. Ał! To nie sen. Nagle dobiegły do mnie odgłosy walki. Postanowiłam to sprawdzić. Tuż za pagórkiem Ururu walczyła z Jintą i Aryami. Nieopodal na skale wszystkiemu przyglądał się Urahara z zadowoloną miną. Obok niego siedziała fioletowłosa kobieta. Czekaj, czekaj... jak ją kiedyś Jinta nazwał? Yoruichi czy jakoś tak.

-Więc to tu się przede mną chowasz...- Powiedziałam stając na skale naprzeciwko niego.

Blondyn zaklaskał.

-Brawo Hi-chan. Wiedziałem, że prędzej czy później znajdziesz to miejsce.- odparł.- Choć wolałbym żeby było to potem.- dodał ciszej, że ledwo usłyszałam.

Spojrzałam na niego zdziwiona. O czym on do cholery mówił? I czemu stał szczerząc się? W końcu znalazłam jego kryjówkę. Mógłby, choć raz zachowywać się normalnie zamiast wciąż szczerzyć się jak głupi do sera.

-Ale nie mamy czasu na dalszy teatrzyk.- spoważniał.- Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie.

Kto, ja? W niebezpieczeństwie? Jedynym niebezpieczeństwem jest jedynka w szkole i/bądź przeterminowane laki z apteki Tessaia. Stojąca obok niego Yourichi przewróciła oczami. Nagle zniknęła by pojawić się tuż przy mnie. Zaatakowała prawą ręką. Odruchowo ją zablokowałam. Ta uśmiechnęła się, po czym zaatakowała znowu. Była tak szybka, że z ledwością parowałam jej ciosy. Ba! Dziwne, że cokolwiek widziałam.

-Nie źle sobie radzisz jak na amnezję.- pochwaliła fioletowowłosa.

Uśmiechnęłam się w odpowiedzi. Co to do cholery ma być ?! Z jakiej paki zaatakowała tak nagle?! Czemu w ogóle zaatakowała?

~Nie myśl teraz o tym.~ z zamyśleń wyrwał mnie głos, który tylko ja słyszałam. ~Yoruichi Shihouin to trudny przeciwnik. Jeszcze nigdy z nią nie wygrałaś.

Znaczy, że walczyłam z nią wcześniej? Jak to możliwe? I po co? Tyle pytań kłębiło się w mojej głowie a na żadne nie mogłam znaleźć odpowiedzi.

Byłam tak zajęta rozmyślaniem nad tym, co przed chwilą usłyszałam, że nie przejmowałam się ciosam kobiety. Jednego nie zdążyłam uniknąć, przez co wylądowałam na skale. To mnie otrzeźwiło. Z trudem się podniosłam. Strasznie mnie wszystko bolało.

-Dosyć wygłupów, Yourichi-san.- powiedział stanowczo Bananowy Ryj zatrzymując ją.- Na trening przyjdzie czas, teraz trzeba jej wszystko wytłumaczyć.- kiwnęła głową.

-No czekam.- wysapałam opierając się plecami o głaz.

-Gdy ktoś umrze jego dusza trafia do miejsca zwanego Soul Society. Osoby pomagające im tam dotrzeć to shinigami. W Soul Society jest 13 dywizji, do których należą.

-No dobrze, ale co to ma wspólnego ze mną?

-Hikari-chan ty też jesteś shinigami a nawet kapitanem tyle, że bez mocy.- choć brzmiało to nieprawdopodobnie jedno spojrzenie w oczy Bananowego Ryja wystarczyłobym była pewna, że mówi prawdę.

-Więc, czemu jestem to a nie w tym....Soul Society?

-To skomplikowane.- wtrąciła szybko Yourichi.

~jeśli za dużo na raz sobie przypomnisz znowu cię głowa rozboli i Urahara może nie zdążyć powstrzymać Tessaia~ przełknęłam głośno ślinę.

-No dobrze a co to za hmm... „niebezpieczeństwo”, które mi grozi?

-Ujmę to tak: niedługo pojawi się Lava chcąca cię zabić.

Spojrzałam na niego przerażona.

-No to tyle- powiedział przybierając na powrót swoją maskę obieżyświata.

Już chciałam coś powiedzieć, ale Tessai lekko, lecz stanowczo zaczął popychać mnie w stronę wyjścia. Trochę zirytowana poczłapałam do swojego pokoju. Leżąc na łóżku rozmyślałam nad tym, czego dowiedziałam się od Bananowego Ryje. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.

Ta noc była ciemniejsza niż inne. Chmury przysłoniły gwiazdy a księżyc z ledwością się przez nie przebijał. W duchu modliłam się żeby nie zaczęło padać, póki nie dojdę do domu. Mijałam właśnie dom Kurosakich mimo później godziny prawie w całym domu świeciły się światła. Wzruszyłam ramionami, po czym skręciłam w stronę parku. Z jednej strony spieszyłam się by zdążyć do domu przed ulewą z drugiej jakoś nie spieszyło mi się do tego domu wariatów.

Ostatni zakręt i będę w parku. Stanęłam zdezorientowana. Jakim cudem jestem na przedmieściach i to z drugiej strony?! W prawdzie jakieś zalesie jest, ale nie to. Nagle usłyszałam śmiech dziewczyny. Nie wiem, czemu ale postanowiłam podążać za tym dźwiękiem. Trafiłam na bardzo duże i stare schody. Śmiech w 100% dochodził z góry. Westchnęłam głośno, po czym zaczęłam się wspinać. W ciemnościach nocy drzewa zaczęły przypominać ludzi. Miałam dziwne uczucie, że stało tu się coś ważnego... I wtem niebo przybrało czerwony odcień. Wszędzie było pełno trupów i zapachu krwii. Wbiegłam po schodach starając się nie oglądać. Na szczycie stała szczupła blondynka z mieczem umazanym we krwi pod jej stopami ciało ojca Ichigo i brązowowłosej dziewczyny mniej więcej w moim wieku. Blondynka zaśmiała się szyderczo.

-I jak Hi Taichou? Podoba ci się ten widok?- Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że mówi do mnie. –Dlaczego nie odpowiadasz?!- spytała rozdrażniona po chwili milczenia.

Powoli zaczęła zmierzać w moją stronę. Jeszcze raz spojrzałam na martwe ciała. Te dwie osoby... czuję, że są mi bardzo bliskie... Pod stopą poczułam pierwszy stopień. Jednak za późno zareagowałam. Zaczęłam staczać się po schodach.

-Uciekanie ci nic nie da, Hi Taichou i tak cię dorwę.- usłyszałam tylko i nastała ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz